Gdy już poczujesz, że zbliża się
Twój koniec… Gdy będziesz widział metę swego życia… Poruszaj się ile sił w
nogach, by przeciąć tą ograniczającą Cię linię.
Nie wierzysz?
Sam się przekonaj.
Ja już biegnę.
29 sierpień, 2014 r.
Cieszę się, że mam już dziewiętnaście
lat. Upragnione, tak długo wyczekiwane. Dożyłem. Dałem radę.
Jestem
silny?
Nie.
Raczej byłem. Wtedy, kiedy Ty znajdowałaś się przy mnie, kochanie, ale nie mogę
mieć do Ciebie żadnej pretensji, bo przecież sam kazałem Ci mnie zostawić.
Ja Cię
zostawiłem.
Jakaś
dziwna aparatura, do której jestem podłączony, dźwięczy niewyraźnie, zza okna
dochodzi do mnie szum samochodów, których kierowcy nie mają nawet pojęcia, że w
mijanym przez nich budynku, ktoś umiera.
Niemal
fizycznie czuję cały czas spływającą kroplówkę, zresztą nic dziwnego, bo jej
głównym składnikiem jest potas. Szczypie, nawet bardzo. Dlaczego muszę jeszcze
cierpieć, dlaczego lekarze nadal próbują walczyć ze śmiercią?
Przecież
ich wysiłek jest daremny….
Krztuszę
się. Nie mam czym oddychać.
Nie
wiedziałem, że to będzie wyglądać właśnie w ten sposób.
Widzę
Twoją rękę, tato. Naprawdę. Być może, na czas swych ostatnich godzin, dostałem
jakieś umiejętności spirytystyczne, muszę przyznać, że to nawet niezły bajer.
Tato.
Boję
się. Naprawdę bardzo się boję.
Tato.
Nie mam
już sił. Prosiłem Boga, by mnie zaoszczędził, ale on mnie nie słuchał.
Tato.
Tak
bardzo Cię kocham, ale jestem taki młody, nic nie osiągnąłem, chcę skakać, a
nie tu ciągle leżeć.
Tato.
Pamiętasz,
jak spytałem Cię, czy mogę iść na skocznię? Pozwolisz mi teraz to zrobić?
Proszę
tato…
Udzielasz
swojej zgody, a ja się podnoszę – najpierw uważnie i delikatnie, ale przecież
każda sekunda może być moją ostatnią, więc moje ruchy stają się zdecydowanie
szybsze. Odłączam te przeklęte kabelki i kroplówki, odkładam na bok maskę
tlenową.
Wstaję.
Ty
podajesz mi dłoń, prowadzisz mnie, a ja – po chwili - ją widzę. Pragnąłbym skoczyć, pragnąłbym
poczuć tą adrenalinę. Jest to jednak nierealne.
A Ty,
tato uświadamiasz mi tą jedną, jednak niezwykle istotną prawdę.
Bo ja
przecież umarłem.
Że też nie zauważyłem.
Dobiegł do mety oraz przeciął jej linię.
A śmierć złapała go w swoje sidła i już go więcej z nich nie wypuściła.
Przecież chciał tylko po raz ostatni skoczyć…
Sama nie wiem, co mam powiedzieć. Naprawdę.
Po prostu czekajcie na epilog.