Znacie to uczucie, gdy odchodzi ktoś bliski, a wy patrzycie na
spuszczaną do dołu trumnę oczyma pełnymi łez? Tak – ja tak. Aż za dobrze, bo
miesiąc po tym, jak odkryłem moją miłość, zmarł ktoś, kogo również kochałem.
Bardzo mocno. Ktoś, do kogo byłem ponoć bardzo podobny. Mój tata, którego
zabrała mi śmierć. Obiektywnie rzecz ujmując, jedynym plusem tego, co się
niedługo ze mną stanie, jest właśnie fakt, że jeśli naprawdę coś tam po drugiej
stronie istnieje… jakakolwiek forma życia pozagrobowego… to się z nim spotkam i
powiem mu właśnie to wszystko, czego za życia nie zdążyłem.
24 grudnia, 2007 r.
Od zawsze nienawidziłem Wigilii.
Ten beznadziejny zwyczaj siedzenia razem przy stole i śpiewania jakiś
przygłupich piosenek, składanie sobie nawzajem jak najlepszych życzeń… - tego
dwunastoletni chłopcy bardzo nie lubią, ale za to prezenty… o tak! Każdy na nie
czekał z niecierpliwością, choć przecież doskonale wiedzieliśmy, że Święty
Mikołaj nie istnieje, a upominki pod udekorowaną choinkę podkłada ojciec.
Dziś też nie miało być inaczej.
Uśmiechnięta od ucha do ucha mama krzątała się między kuchnią a salonem, moja
siostra – Julia jej pomagała, a ja… ja wolałem po prostu nie przeszkadzać, w
końcu to kobiety powinny zajmować się gotowaniem. Siedziałem, więc cały
naburmuszony, bo oczywiście musiałem założyć tą przeklętą, wykrochmaloną, białą
koszulę ze sztywnym kołnierzykiem, który cały czas gryzł mnie w szyję. A do
tego czarną, idealnie skrojoną marynarkę! No wyobrażacie to sobie?! Jasne, że
nie.
W każdym bądź razie tata jakieś
dwie godziny wcześniej wyszedł z domu, żartując przy okazji, że musi pomóc
Mikołajowi w dostarczeniu prezentu dla mnie. Doskonale wiedziałem, co to
oznaczało.
W pewnym momencie usłyszałem…
dzwonek do drzwi. Pamiętam, jak mama krzyknęła do mnie z kuchni roześmianym
głosem, że to pewnie ojciec nie może się zmieścić w drzwiach z prezentem i mam
iść mu pomóc, ale rozkazała szczególnie uważać na tą przeklętą koszulę. W
myślach – jak na poczekaniu – ułożyłem plan, który polegać miał na celowym
zniszczeniu tego znienawidzonego ubrania, więc uśmiechnąłem się sam do siebie
pod nosem i niemal w podskokach pobiegłem w wyznaczonym kierunku.
Jednak mina mi pewnie wyraźnie
zrzedła, gdy zamiast osoby doskonale znanej, zobaczyłem dwóch policjantów
ubranych w mundury, które teraz, tak naprawdę, dopiero miałem okazje zobaczyć z
bliska. W oczy wyraźnie rzuciły mi się połyskujące, czarne, groźne bronie.
„ – Jest może twoja mama?”
Pytanie to w sumie mówiło samo za
siebie.
Wpadł w poślizg, wylądował na
drzewie. Śmierć na miejscu, bo przecież - jak to miał w zwyczaju – nie zapiął
pasów.
Stałem się po części sierotą.
Dojrzewającym chłopcem, który
potrzebował ojca jak prawej ręki (lewej, jeśli czytać to będzie leworęczna
mniejszość).
Mama nie płakała. Przynajmniej
nigdy nie widziałem, żeby to robiła. Po prostu była tak bardzo nienaturalnie
blada, iż to mnie chwilami przerażało.
Starałem się być dla niej wsparciem, ale doskonale wiedziałem, że nie
będzie prosto tego dokonać. W końcu utraciła przecież męża, prawda?
No właśnie. Cholera. A mnie tak
to wszystko bolało.
Wiem, dwunastoletni chłopiec
mówiący o bólu… To nie trzymało się kupy, ale… ale co? Przecież taż miałem
jakieś uczucia! Też potrzebowałem kogoś,
kto mi pomoże, kogoś kto…
Czy to tak wiele?
Pogrzeb pamiętam jak przez mgłę.
Z czego to może wynikać… hmm.. być może z tego, iż po prostu nie chciałem nigdy
przechowywać tego okrutnego wspomnienia w swej dziecięcej pamięci? W każdym
bądź razie, wiem, że gdy tylko wszystkie ciotki po kolei ucałowały mnie w
czubek głowy, pobiegłem na skocznię.
Bo tylko tam mogłem zapomnieć. Odizolować się. Przecież mądrzy ludzie
powiadają, że miłość przetrwa wszystko – nawet najgłębszy kryzys - bez względu
na wszelakie okoliczności.
Skoczyłem, by ukoić żal, który rozdzierał mi serce.
___________________________________________
I jest ten obiecany rozdział. I ja przysięgam, że nie wszystkie będą takie smutne, o nie! Póki co jeszcze jeden, a później przechodzimy do tej zabawniejszej części opowiadania, która przecież też nie będzie trwała wiecznie.
Dobra, nie gadam już. Muszę pisać prezentację na polski ( i jej się nauczyć mówić), później pisać w końcu te prace na stosunki międzynarodowe i protokół dyplomatyczny. Tak, tak. Wasza Madzia jeszcze tego nie zrobiła.
Buziaki, słoneczka moje! :*